Jak wspominałam ostatnio na Facebooku (kto jeszcze nie śledzi – zachęcam, bo na krótkie posty facebookowe wrzucane z telefonu miewam czas nieco częściej, niż na „prawdziwe” teksty na blogu) – z kwiatkami doniczkowymi nigdy mi nie było po drodze, parapetowe uprawy storczyków i innych ozdobnych badylków zupełnie mnie nie pociągają. Ale za to do wyobraźni przemawia mi jedzenie, więc zaczęła mi chodzić po głowie bardzo nieśmiała myśl, żeby nowo nabyty balkon i kilka metrów parapetów spróbować przerobić na świeże dostawy pożywienia, czyli kupić kilka doniczek i wyhodować sobie jakiś szczypiorek czy bazylię 😉
W realizację tego planu sama za bardzo nie wierzyłam, bo po pierwsze – ja często miewam różne ciekawe pomysły, które na zawsze pozostają pomysłami; po drugie – na uprawie czegokolwiek nie znam się w najmniejszym stopniu, nawet ze zrozumieniem internetowych poradników mam problem, ledwie odróżniam nasionka od sadzonek; po trzecie – im jestem starsza, tym bardziej się boję różnych latających i pełzających stworzonek, a roślinki nieodmiennie kojarzą mi się z dżdżownicami, gąsienicami, mszycami i innymi potworami…
A jednak – zrobiłam to! Kupiłam kilka metrów skrzynek, super-eko-bio-organiczną ziemię, drenaż, płynną kupę z dżdżownicami, zwaną ładnie biohumusem, do tego trochę nasionek i sadzonek… i będę sobie produkować jedzenie! 😀
Z wielkim zapałem zabrałam się wczoraj wieczorem do pracy, przezornie zabezpieczając sobie tyły Moim Mężczyzną. I wcale tak bardzo nie krzyczałam, opuszczając z godnością pokój i robiąc MM miejsce na podłodze, gdy z pierwszej sadzonki, którą wyjęłam z doniczki, wypełzła w moją stronę tłuściutka dżdżownica :P. Ale kto by się tam zrażał sprowadzaniem sobie do domu pełzających żyjątek, jeśli na horyzoncie zaświtała szansa wyhodowania prawdziwych, pachnących, pysznych POZIOMEK <3
A z nasionek na pierwszy ogień poszły rzodkiewki (wszędzie się ostatnio natykam na przepisy dotyczące ich liści, a z takimi supermarketowymi nie odważę się jednak eksperymentować) oraz rukola. Podobno jest na tyle mało wymagająca i łatwa w uprawie, że tam, gdzie występuje dziko, bywa wręcz uważana za chwast. A ja zdecydowanie potrzebuję jakiegoś spektakularnego sukcesu, żeby nie zarzucić tej całej wielkiej uprawy balkonowej po miesiącu.
Jeśli ta zabawa w ogrodniczkę mi się uda, to może okaże się to pierwszym krokiem w kierunku nieco bardziej racjonalnego odżywiania? Bo na razie, mimo sporej świadomości, moja kuchnia i slow food to dwa przeciwne bieguny.

Kciuki i wszelkie dobre rady bardzo mile widziane! 🙂

Share Button