55 filmów zobaczyłam w 2016 roku, z tego 46 w kinie. Choć nigdy dotąd nie prowadziłam regularnych statystyk filmowych, to nie mam wątpliwości, że musiałam kilkakrotnie pobić swój dotychczasowy rekord. Bo o ile czytać zdarzało mi się w życiu naprawdę dużo, to z filmami nigdy za bardzo nie szalałam.
Gdy zrezygnowałam z telewizji, to przez kilka lat nie oglądałam w ogóle niczego. A jak potem zaczęłam powoli się interesować kinem, to filmy musiałam sobie dawkować, bo okazało się, że po paru latach przerwy trudno mi się skupić na ruchomych obrazach i nadążyć za akcją… zupełnie odwykłam od takiej formy przekazu. Z czasem się oczywiście do oglądania przyzwyczaiłam, polubiłam chodzenie do kina, zaczęłam być w miarę na bieżąco z interesującymi mnie premierami, ale nadal tych filmów oglądałam niezbyt wiele. Myślę, że na 5 przeczytanych książek w najlepszym razie przypadał jeden film.
Ten rok był wyjątkowy, pierwszy raz zdarzyło mi się więcej rzeczy obejrzeć, niż przeczytać. A jako że w styczniu zafundowałam sobie roczną kartę nielimitowanych wejść do kina, to pozwalałam sobie czasem na eksperymenty i oglądanie takich rzeczy, na które normalnie nigdy bym nie poszła, na przykład kino familijne albo horror.
Zrecenzowania pięćdziesięciu pięciu filmów się nie podejmę (właściwie to żadnego recenzowania się nie podejmę, bo nie znam się i nie umiem ), ale kilka z nich zostało mi w po tym roku w głowie, więc na parę zupełnie subiektywnych wrażeń sobie pozwolę.

Moja miłość – bardzo francuski film o trudnej miłości. Dużo gwałtownych emocji i erotyzmu. Mimo że nie jestem fanką francuskiego kina, to temat toksycznych związków często mnie porusza… tu poruszył.

Dziewczyna z portretu – świetny, jeden z moich faworytów na tej liście. Urzekł mnie i klimatem, i grą aktorską, i fabułą, i ładunkiem emocjonalnym.

Zupełnie Nowy Testament – zwykle nie lubię komedii, ale tu poziom absurdu był taki, że dobrze się bawiłam. Zalecany duży dystans do mitologii chrześcijańskiej, bo inaczej film pewnie może być oburzający i obrazoburczy

Na granicy – nieodmiennie mam słabość do dobrego, mrocznego polskiego kina, a ten film świetnie się wpisuje w taki nurt. Trochę w stylu Smarzowskiego, którego uwielbiam. I są Bieszczady (cudowne zdjęcia!), i Dorociński, i Chyra…

Ojcowie i córki – mnie się naprawdę rzadko zdarza płakać na filmach, a już w kinie to w ogóle… a na tym się popłakałam. Choć chyba nie w tych momentach, które były najbardziej nastawione na wyciskanie łez 😛 Bardzo osobiście ten film odebrałam, trafił mi w kilka różnych czułych punktów, z różnych stron. I choć filmowi można sporo zarzucić (choćby właśnie granie na emocjach i wyciskanie łez, i trochę zbyt dużą dosłowność momentami), to mnie bardzo subiektywnie się jednak podobał.

Pokój – rok wcześniej przeczytałam książkę, która bardzo duże wrażenie na mnie zrobiła. I, co niezwykle rzadko mi się zdarza, już w trakcie lektury myślałam, że ta historia jest tak filmowa, że ktoś to powinien nagrać. Oczywiście, gdyby porównywać film do książki, to książka jest lepsza, ale to jest prawidłowość działająca niemal zawsze. Bez porównań film jest bardzo wciągający, oglądałam go w napięciu, mimo że wiedziałam, jak historia się skończy.

Plemię – to film z poprzedniego roku, ale nie mogę o nim nie wspomnieć. Strasznie dziwny, przygnębiający, trudny film. Wymowa przypomina mi Władcę much. A niezwykła specyfika filmu wynika choćby z tego, że wszyscy bohaterowie są głuchoniemi, więc… w filmie nie pada ani jedno słowo. Oni między sobą oczywiście migają, ale nie jest to celowo w żaden sposób tłumaczone. A do tego bardzo długie, statyczne ujęcia… dość trudno się to ogląda, ale warto.

Niewinne – dla mnie realia tego filmu są zupełnie kosmiczne. Nie Byłam w stanie zidentyfikować się z bohaterami, wczuć się w ich sposób myślenia, zrozumieć wyborów. Film był dobry, ale bardzo mi odległy.

Kamper – niektórzy twierdzą, że dramat, inni – że komedia. Dla mnie raczej film obyczajowy… trafia w lukę, bo mało jest w polskim kinie filmów o moim pokoleniu. Nie rzuca na kolana, ale dobrze się go oglądało. Tylko na koniec czegoś zabrakło, właściwie nie wiadomo, dlaczego film skończył się wtedy, kiedy się skończył…

Zjednoczone stany miłości – Polska lat ’90, blokowiska, paprotki, ortalionowe dresy, wypożyczalnie video… a na tym tle splatające się ze sobą historie czterech kobiet, szukających szczęścia, miłości, ucieczki… Film przeszedł bez echa, recenzje zbiera raczej przeciętne… a ja tam takie kino lubię.

Sausage Party – nie rozumiem, dlaczego wszyscy piszą o tej animacji jako o idiotycznej bajce dla gimnazjalistów, która cały swój humor opiera na seksualnych podtekstach. Rzeczywiście, trochę głupiego, wulgarnego humoru o bułkach i parówkach tam jest, ale nie na tym polega sens tego filmu. To jest wbrew pozorom całkiem inteligentna komedia, z całym mnóstwem nawiązań i odniesień do współczesnego kina i do różnych zjawisk społecznych, a jej osią jest satyra o religijnym zabarwieniu.

Ostatnia rodzina – jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier, po której bardzo dużo sobie obiecywałam, a ostatecznie trochę się rozczarowałam. Zabrakło mi w tym filmie głębi, próby wniknięcia w psychikę postaci, szukania przyczyn… moja psychologiczna dusza pozostała z wielkim niedosytem.

Wołyń – chyba najlepszy film roku. Choć, jak już wspominałam, ja uwielbiam Smarzowskiego, więc z pewnością jestem bardzo nieobiektywna. A ta historia jest też częścią mojej historii, moja rodzina pochodzi zza Buga. I wiele już na ten temat słyszałam jako dziecko, nie rozumiejąc zupełnie kontekstu historycznego co prawda, ale obrazy nawet bardziej drastyczne, niż te pokazane w filmie, mam w głowie. A mimo to film mną wstrząsnął i długo się po nim zbierałam.

Jestem mordercą – film, który z pewnością byłby dla mnie bardzo poruszający, gdyby nie to, że oglądałam go krótko po Wołyniu, więc nie był w stanie w pełni do mnie dotrzeć. Ale kiedyś go jeszcze zobaczę, poświęcając mu całą uwagę.

Księgowy – amerykańskie kino akcji, jakieś przekręty, pościgi, strzelaniny… fabuły nie umiałabym nawet powtórzyć. A jednak przez większość filmu siedziałam wyszczerzona od ucha do ucha (aż mnie mięśnie twarzy rozbolały :P) i chichotałam przy połowie dialogów (jako jedyna osoba w kinie). Powód? Bo główny bohater miał autyzm  A że ja żyję w świecie autystów, to rozbrajało mnie każde jego słowo i każda reakcja 😉 (Na marginesie – moja fascynacja autyzmem zaczęła się, gdy w 1998 roku zobaczyłam „Kod Merkurego” – też amerykański film sensacyjny, w którym jednym z głównych bohaterów był autystyczny chłopiec, łamiący jakiś ściśle tajny kod).

Plac zabaw – film dla mnie bardzo szczególny, bo nagrywany w moim rodzinnym mieście, na mojej ulicy, pod moimi oknami, widać w nim dom, w którym dorastałam… Na pewno będę go musiała jeszcze kiedyś zobaczyć, bo za pierwszym razem najwięcej emocji wzbudzał we mnie widok znajomych miejsc, domów, uliczek… Ale poza cudownymi miejskimi plenerami film również jest warty uwagi

Lion. Droga do domu – gdyby ta historia nie była oparta na faktach, to uznałabym, że jest zupełnie niewiarygodnym wyciskaczem łez. A jednak wydarzyła się naprawdę. Nie wiem, czy to jest dobry film… ale historia jest niesamowita i niezwykle wzruszająca.

Chyba tyle z tych najważniejszych, najlepszych, najbardziej poruszających, zapadających w pamięć… coś ważnego pominęłam?

Share Button