Noworoczne postanowienia – robicie? Spisujecie? Wierzycie w realizację? Operacjonalizujecie w cele SMART? Czy może ostentacyjnie ignorujecie to coroczne szaleństwo nowych diet, planów treningowych, dokształcania się i doskonalenia?
Mnie, jak już nieraz wspominałam, nic tak nie blokuje i nie zniechęca do działania, jak lista zadań do odhaczenia. Cele SMART brzmią dla mnie równie zachęcająco, jak plan awansu zawodowego albo regulamin koszar – każda z tych rzeczy jest mi tak samo daleka.
A jednak jakieś postanowienia/plany na początku roku sobie wyznaczyłam. I pamiętałam o nich w międzyczasie, i w większości je (z)realizowałam. Jakim cudem? Ano takim, że nie były to żadne zoperacjonalizowane cele do zaliczenia, tylko pewne kierunki, w których chciałam w 2016 roku pójść. Raczej obszary, w których widziałam jakiś sens, niż cele.
A oto, czego chciałam dla siebie w 2016 roku:

Kochać, doświadczać, przeżywać.
Kocham. Doświadczam. Przeżywam. I nic więcej nie trzeba dodawać.

Odkryć dla siebie jakąś ważną książkę i poruszający film.
Odkryłam. Na temat filmów planuję w tym roku osobny wpis, bo na Facebooku obiecałam jakiś czas temu filmowe podsumowanie roku, w związku z tym, że od stycznia korzystałam z karty „unlimited” i obejrzałam w 2016 prawie wszystkie interesujące mnie nowości kinowe.
Książek w tym roku przeczytałam stosunkowo niewiele, bo tylko 20. Odkąd zapisuję sobie, co czytam, czyli od co najmniej dziesięciu lat, tak niskiego wyniku jeszcze nie odnotowałam. Zwykle na początku roku po cichu sobie zakładam, że przeczytam w kolejnym 52 książki, choć podchodzę do tego wyzwania na luzie – nie czytam na siłę czegokolwiek, nie dobieram sobie lektur pod kątem grubości książki (wypisałam się z grupy poświęconej temu wyzwaniu na fb, gdy zaczęłam się spotykać z takim podejściem do tematu). I zwykle tak się to układało, że co drugi rok udawało mi się zrealizować ten plan. Ale nawet wtedy, gdy się nie udawało, nie zeszłam do tej pory poniżej 36 książek w roku. Tym razem wyszło inaczej, częściowo z pewnością z powodu wspomnianej karty wstępu do kina. A druga przyczyna to jedna z tych odkrytych dla siebie książek –
„Małe życie” Hanya Yanagihara. Książka, którą czytałam przez dwa miesiące (bynajmniej nie dlatego, że ma ponad 800 stron, tylko dlatego, że musiałam ją sobie dawkować), a po skończeniu przez kolejne dwa nie potrafiłam się zabrać za nic innego. Książka, która mnie rozjechała emocjonalnie. Powieść totalna, w której jest całe życie – miłość, przyjaźń, dojrzewanie, starość, radość, cierpienie, trauma, szczęście, choroba, uzależnienie, ból, sukces, wzloty, upadki, utrata, kariera, walka, słabość, siła… można by tak bez końca. Gdybym miała wybrać tylko jedną powieść tego roku – to bez wątpienia byłoby to Małe życie.

Czerpać przyjemność z długich spacerów i pływania.
Czerpałam. O przyjemności z pływania kiedyś już pisałam. O przemierzaniu osiedlowych chodników, polnych dróżek i leśnych ścieżek z kijkami do nordic walking jeszcze osobnej notki nie stworzyłam, choć wiele innych tekstów układało mi się w głowie właśnie w czasie tych wędrówek. I choć sportowiec ze mnie żaden, to chodzić z kijkami naprawdę lubię.

Dbać o ważne relacje.
O jedną, najważniejszą, dbam. Nie wiem, czy wystarczająco dobrze, ale najlepiej, jak potrafię. Z innymi relacjami jest różnie. Pielęgnowanie znajomości nie było nigdy moją najmocniejszą stroną, z różnych powodów. Dlatego nie rozumiałam nigdy idei zjazdów absolwentów, zlotów klasowych po latach itp. Dla mnie zdecydowana większość szkolnych znajomości przestawała istnieć wraz z zakończeniem kolejnego etapu edukacji. A wyjątki od tej reguły były bardzo nieliczne. Teraz staram się trochę bardziej podtrzymywać znajomości, ale i tak wiele z nich się wykrusza, gdy przestaje istnieć zewnętrzny pretekst do spotykania się. Ewentualnie przenoszą się w sferę Facebooka i wzajemnego polubiania swoich postów.

Rozwijać się. Może zafunduję sobie trening interpersonalny? A może coś innego, jeszcze nie wiem.
Rozwijam się. Na trening interpersonalny co prawda jeszcze się nie zdecydowałam, ale wiele innych rzeczy dla swojego rozwoju w ciągu tego roku robiłam. Głównie pod kątem swojej kobiecości, bo tego teraz najbardziej potrzebowałam. Więc po raz drugi uczestniczyłam w rocznym cyklu spotkań w Kręgu Kobiet, a także zafundowałam sobie trzydniowy warsztat Ciało kobiety, mądrość kobiety. I czuję, że to było najlepsze, co mogłam dla siebie w tym roku zrobić.

Cieszyć się swoją pracą.
Cieszę się. Nieodmiennie od lat nie mogę się nadziwić, że udało mi się znaleźć pracę tak idealnie skrojoną do moich potrzeb. Że robię to, co sobie wymarzyłam mając lat 13, gdy obejrzałam film Kod Merkury – pracuję z autystycznymi dziećmi. Że udało mi się trafić w taką niszę, w której robię to poza systemem edukacji, na który mam ostrą alergię. Że mogę pracować z jednym dzieckiem po 4, 6, czasem nawet 10 godzin tygodniowo, przez kilka lat, więc widzę bardzo wyraźnie sens i efekty swojej pracy. Że praktycznie nie mam nad sobą na co dzień żadnych przełożonych, nikt w przebieg moich zajęć nie ingeruje i niczego mi nie narzuca. I że przy tym ta praca jest zgodna z moim rytmem dobowym i nie wymaga ode mnie wstawania o 6 rano (bo wątpię, żebym nawet najlepszą pracę potrafiła na dłuższą metę polubić w takich okolicznościach).

Bawić się.
Bawiłam się. I wychodziło mi to dużo lepiej, niż gdy miałam kilkanaście lat 😉 Pewnie kwestia większego dystansu do siebie i do rzeczywistości. I lepszego kontaktu ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Po trzydziestce bardzo rzadko zdarza mi się bywać na imprezach, na których w nic się nie bawimy… a to jakieś kalambury wyjdą, a to zagadki, o planszówkach nie wspominając (i niekoniecznie mam na myśli rozbudowane strategie… budowanie piramidy z plastikowych ludzików też się sprawdza). I czekam na śnieg, żeby ulepić bałwana i wypróbować kupione ostatnio jabłuszko…

Robić coś twórczego. Pewnie pisać, ale może też na przykład rysować mandale?
Najbardziej namacalnym dowodem na to, że coś twórczego udało mi się w tym roku zrobić, jest ten blog 😉
Przez całe lata uważałam siebie za osobę zupełnie nietwórczą, bo tworzenie kojarzyło mi się z rękodziełem, wytwarzaniem jakichś konkretnych rzeczy, malowaniem, ewentualnie komponowaniem muzyki. A ja jestem wyjątkowo mało sprawna manualnie, od dziecka nie znosiłam zajęć praktyczno-technicznych, zawsze miałam problemy z powodu brzydkiego, nieczytelnego pisma… i do tej pory nie umiem wyraźnie pisać, rysować, szycie czy robienie na drutach to jest dla mnie czarna magia. Ba, ja nawet ziemniaków nie umiem szybko i sprawnie obrać, robię to mniej więcej na takim samym poziomie, jak wtedy, gdy miałam 10 lat.
Jedyne zajęcie manualne, które ostatnio polubiłam, to kolorowanki dla dorosłych, najlepiej w formie mandali. Ale wypełnianie kolorem gotowych kształtów nie zaspokaja jednak w stu procentach mojej potrzeby twórczości.
O swoich zdolnościach muzycznych nie będę nawet pisać, powiem tylko tyle, że jest z nimi jeszcze gorzej.
A przy tym zawsze bliskie mi były słowa, do tej pory mam gdzieś zachowane moje pierwsze opowiadania, pisane do szuflady jeszcze w podstawówce. Ale dopiero całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że pisząc też mogę rozwijać swoją kreatywność i coś tworzyć. Że można to robić również wtedy, kiedy się nie umie i nie lubi żadnych prac manualnych.

A co z listą noworocznych postanowień na 2017 rok? Jest dokładnie taka sama, jak rok temu. I wcale się tego nie wstydzę 😉 Moje cele są raczej do realizowania, niż do zrealizowania.

Share Button