Modne słowo – minimalizm. Prawie tak modne, jak weganizm, coaching, feminizm i opuszczanie swojej strefy komfortu. W jednym z pierwszych wpisów na tym blogu deklarowałam, że trzymam się z daleka od wszelkich „izmów”. A jak rzecz się ma z minimalizmem?
Gdy parę lat temu pierwszy raz świadomie zetknęłam się z tą koncepcją, wydawało mi się, że to jest coś akurat dla mnie. Ograniczyć swoje potrzeby, pozbyć się niepotrzebnych rzeczy, niepotrzebnych spraw, relacji – brzmiało bardzo kusząco. Ale im więcej czytałam, im bardziej zagłębiałam się w jednego z najpopularniejszych blogów na ten temat – tym bardziej czułam, że coś mi w tym nie pasuje.

Czytałam porady na temat tego, jak pozbywać się zbędnych rzeczy ze swojego otoczenia, jak ograniczyć zakupy, jak weryfikować znajomości – i w pewnym momencie poczułam, że ja się nigdy w życiu tak bardzo nie koncentrowałam na przedmiotach, jak właśnie wtedy, gdy zgłębiałam tajniki minimalizmu. U mnie to zawsze było proste – jak czegoś potrzebowałam, to sobie to kupowałam. Jeśli czasem zdarzyło mi się nieprzemyślanie kupić coś, z czego potem jednak nie korzystałam – to trudno. Albo to po czasie odsprzedałam, albo oddałam komuś, komu było bardziej potrzebne. Ot, cała filozofia. A tu nagle zaczęłam czytać o całych procedurach kupienia sobie nowego ciucha – najpierw zapisać sobie pożądaną rzecz na liście półrocznej, na którą trafiają wszystkie przedmioty, które chcielibyśmy mieć, więc jeśli przejdą przez kolejne stopnie weryfikacji, to za pół roku będziemy je sobie mogli kupić. Po trzech miesiącach sprawdzić, które z tych rzeczy nadal uważamy za niezbędne i przepisać je na listę trzymiesięczną. Potem, zdaje się, była kolejna weryfikacja i lista miesięczna… i tym sposobem, jeśli po pół roku coś nadal uważamy za przydatne, to możemy sobie to kupić. Przyznam, że do tej pory przeraża mnie myśl, że miałabym przez pół roku poświęcać swoją uwagę jakiemuś przedmiotowi…
Potem zaczęłam czytać o tym, w jaki sposób pozbywać się pamiątek i niepraktycznych prezentów. Niestety, bez żadnego sensownego wyjaśnienia – po co właściwie miałabym to robić. Zdaje się, że dla minimalistycznych autorów blogów było to oczywiste samo w sobie – jak minimalizm, to rzeczy ma być mało. Bo tak.
Jak doszłam do porad odnośnie redukowania zawartości biblioteczki, to byłam już pewna, że, jakkolwiek daleko mi do konsumpcjonizmu i kupowania wszystkiego, co nowe, modne i reklamowane, to jednak minimalistką też nie zostanę. A ostatecznie utwierdziłam się w tym przekonaniu, śledząc zażarte dyskusje o tym, czy bardziej minimalistyczne są książki papierowe, czy czytnik z e-bookami.
Doszłam do wniosku, że ja nie chcę mieć w życiu takich problemów. Nie chcę wyrzucać swoich pamiątek, pozbywać się książek, nie chcę angażować swojej energii w wielomiesięczne decydowanie, czy mogę sobie kupić bluzkę. Minimalizm, jak każdy inny „izm”, jest dla mnie czymś ograniczającym, nawet jeśli jego założenia są mi bliskie. Minimalistką mogłabym być tylko na swoich własnych zasadach – wyznaczając różnym przedmiotom w moim życiu takie miejsce, jakie moim zdaniem powinny w nim zajmować, i poświęcając im dokładnie tyle uwagi, na ile według mnie zasługują.
A jak wygląda to moje (nie)minimalistyczne życie w praktyce?

Kiedyś

Prawdopodobnie najbardziej minimalistyczna byłam w swoim życiu wtedy, kiedy nie miałam jeszcze pojęcia o istnieniu takiego słowa, jak „minimalizm”.
Biorąc pod uwagę rozmiary przestrzeni, na której spędziłam prawie pięć lat studiów – minimalizm był wtedy nie tyle wyborem, co koniecznością. Długi, wąski pokoik, po jednej stronie upiorna meblościanka (która zresztą nie była w całości do mojej dyspozycji, bo w części szafek właścicielka mieszkania trzymała jakieś żarówki, zasłony i inne takie), po drugiej – wysłużony wąski tapczan i biurko. Pod oknem stojący wieszak na wszystkie wierzchnie ubrania (niczego nie trzymałam w przedpokoju) i malutki stolik, na którym miałam czajnik elektryczny, talerzyk, szklankę i pieczywo. Na parapecie jedyny przejaw nadmiaru i rozpasania – kilkanaście pudełek z różnymi smakowymi herbatami. Oczywiście, jako że to była studencka stancja, to nie miałam tam wszystkich swoich rzeczy, część zawsze zostawała u rodziców, chociażby cała moja biblioteczka, która nie miałaby żadnych szans zmieścić się w tym pokoiku. Ale na wtedy, na jakieś dziewięć miesięcy w roku przez pięć kolejnych lat – taka przestrzeń w zupełności mi wystarczała.
Jak wyglądała w tamtym czasie moja garderoba, kiedyś już wspominałam – dwie pary dżinsów, ze trzy flanelowe koszule i kilka czarnych t-shirtów . Była niezwykle minimalistyczna, choć wynikało to raczej z moich kompleksów, ograniczeń, lęków i problemów z pójściem do normalnego sklepu, niż z decyzji, że chcę mieć mało ubrań.
Bardzo minimalistyczne miałam też wtedy podejście do wszelkich nowinek technicznych, gadżetów, sprzętów itp. I to akurat w większości wynikało z moich świadomych decyzji, a nie z ograniczeń finansowych czy innych. Właśnie wyjeżdżając na studia ostatecznie zrezygnowałam z posiadania telewizora. Na pierwszym roku namiętnie za to słuchałam kilku audycji w Radiu Bis, szczególnie miło wspominam z tamtego czasu zwłaszcza Zostaw Wiadomość. Mój telefon, który na początku studiów nie wyróżniał się jeszcze niczym szczególnym, po kilku latach stał się niemal legendą – podczas gdy wszyscy znajomi zdążyli kilkakrotnie powymieniać telefony na lepsze, nowsze, ja nadal miałam ten sam monochromatyczny, monofoniczny zabytek, kupiony jeszcze w liceum. A przy tym ten telefon, służący do SMSowania i dzwonienia, oraz komputer (przez dwa pierwsze lata bez dostępu do Internetu) – to były właściwie wszystkie moje elektroniczne sprzęty. A nie, jeszcze aparat cyfrowy, kupiony gdzieś w połowie studiów – mam go do tej pory, choć w tej chwili lepsze parametry ma aparat w moim telefonie 😉

Teraz

A teraz? Patrzę na swoją zagraconą półtorapokojową kawalerkę – w żadnym katalogu wnętrzarskim pod hasłem „minimalizm” bym jej nie upchnęła. Na swoją obronę mam to, że gdy wynajmowałam to mieszkanie, to urządzałam je dla siebie – jako mieszkanie jednoosobowe. A że w międzyczasie zmieniło swój charakter i stało się dwuosobowe, to nagle się okazało, że na mocno ograniczonej przestrzeni trzeba tu zmieścić jeszcze dużą trzydrzwiową szafę, szerokie małżeńskie łóżko (na wersalce nie dałabym rady spać z kimś co noc, nie ten kręgosłup), dodatkowe biurko (bo swoim biurkiem się nie dzielę, muszę mieć w domu jakieś jedno miejsce tylko dla siebie), jakiś stół… No więc nie, umeblowanie zdecydowanie mam nieminimalistyczne.
Garderoba też bardzo mi się od czasów studenckich rozrosła. Częściowo jest to kwestia tego, że kilkakrotnie od tego czasu zmieniłam rozmiar odzieży, i co prawda nie trzymam już w szafie całej historii tych przemian, ale rzeczy o rozmiar czy dwa mniejsze niż to, co noszę obecnie – owszem. A częściowo po prostu polubiłam kupowanie sobie ubrań, różnych na różne okazje. Dżinsy i t-shirt już mi nie wystarczą. Czasem potrzebuję dresu, a czasem sukienki. A czasem niczego nie potrzebuję, ale mam ochotę na jakąś fajną tunikę albo narzutkę.
Sprzęty elektroniczne, nowinki? Z tym jest różnie. Nie mam nadal potrzeby testowania każdego nowego gadżetu, nie fascynują mnie coraz lepsze parametry. Mam w domu prawie czteroletniego laptopa, kupionego tylko dlatego, że komputer z czasów studenckich ostatecznie odmówił współpracy. Mam czytnik e-booków – bo mam, bo mi z nim wygodnie w podróżach (i dostałam go w prezencie). Mam tablet – co było akurat jednym z moich bardziej nieprzemyślanych i niepotrzebnych zakupów, przyznaję. I mam smartfona, który jest uosobieniem konsumpcjonizmu. A to dlatego, że chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się kupić nowy sprzęt, mimo że stary jeszcze działał i nadawał się do użytku. Tyle, że był dla mnie niewygodny, miał za mało pamięci, za słaby aparat i nie łapał dobrze zasięgu GPS. Konsekwentnie za to od dwunastu już lat nie mam w domu telewizora. Samochodu też nie mam, choć w międzyczasie przez chwilę miałam.
A do tego, o zgrozo, mam coraz większą biblioteczkę, którą zamierzam nadal powiększać, dwie półki pełne figurek, które kiedyś kolekcjonowałam, trochę maskotek, zwłaszcza sów, a w szafie trzymam spore pudło z różnymi sentymentalnymi pamiątkami.

Więc, jak widać, minimalistka ze mnie żadna. Zeszłam na złą drogę i nieuchronnie kroczę w stronę przepaści konsumpcjonizmu 😛
I wiecie, jakoś mi z tym dobrze. Cieszę się, że potrafię iść do sklepu i kupić sobie sukienkę, która mi się podoba, nawet jeśli w szafie mam już dwie inne. Wygodnie mi z czytnikiem i z Internetem w smartfonie, więc z nich korzystam. Lubię książki, więc je kupuję. I nie czuję żadnej potrzeby, żeby się ich pozbywać i redukować objętość swojej biblioteczki. A przy tym nie muszę rozstrzygać dylematów – czy jako minimalistka mam czytać papierowe książki, zajmujące miejsce na półkach, czy e-booki, wymagające zaawansowanego sprzętu elektronicznego? Ani planować z półrocznym wyprzedzeniem swoich zakupy w celu zminimalizowania ryzyka kupienia sobie czegoś niepotrzebnego. O dziwo – świat się nie kończy, a mnie piekło nie pochłania, gdy czasem kupię coś zbędnego.
Ostatecznie – to rzeczy i koncepcje są dla mnie, a nie ja dla nich.

A jak to u was wygląda z tym minimalizmem? Wyznajecie, praktykujecie?

Share Button