Jeśli jeszcze nikt z waszych znajomych nie poinformował was o tym na fejsbuku, to spieszę donieść – jest zimno. Pada deszczem i wieje wiatrem. I jesień jest.
Kiedyś uwielbiałam tę porę roku. I to niekoniecznie jakąś tam piękną złotą jesień, równie dobrze (a może nawet lepiej) mogła to być jesień mokra, deszczowa, ponura… Jakąś dziwną satysfakcję sprawiało mi to, że jak wszyscy zaczynają jęczeć, że szaro, marudzić, że zimno i mokro, to ja odżywam i mam swój ulubiony czas. Pierwszych żółtych liści wypatrywałam na drzewach z większym utęsknieniem, niż wiosną pierwszych zielonych pączków, a porządna ulewa to był dla mnie najlepszy pretekst do wyjścia na spacer.

Tak… to kiedyś. W międzyczasie się nieco zestarzałam i zaczęłam cenić sobie długie, ciepłe, słoneczne dni… A jesienią od kilku lat zaczynam się szykować do zimowego snu, odnotowując coraz to niższy poziom energii i aktywności, a coraz większą potrzebę snu i dogrzewania się na wszystkie możliwe sposoby. I choć takie funkcjonowanie na baterii słonecznej, zgodnie z rytmem pór roku (do tego stopnia, że nawet zawodowo dużo więcej pracuję wiosną i latem, niż jesienią i zimą) ma swoje niewątpliwe plusy, to jednak trochę mi czasem brakuje tej utraconej gdzieś po drodze umiejętności delektowania się jesienią. I trochę się zawsze obawiam, że naturalny o tej porze spadek energii przerodzi się w mniej naturalny marazm i wegetowanie przez kilka miesięcy między pracą a łóżkiem. A żeby do tego nie dopuścić, postanowiłam wyłuskać ze swojej jesiennej codzienności kilka sposobów na rozgrzanie się, zarówno w odniesieniu do ciała, jak i do ducha 😉

Sposób pierwszy
Chyba najbardziej popularny – gorąca herbata. Zwykłej czarnej u mnie w domu nie uświadczysz, ale wszelkie wariacje smakowe na temat zielonej i czerwonej, a zwłaszcza rooibosa – jak najbardziej. Nie przypadkiem Swojego Mężczyznę poznałam jesienią w… herbaciarni 🙂

Sposób drugi
Niemniej popularny, występujący często w zestawie z pierwszym – dobra książka. Oczywiście czytana pod miękkim, ciepłym kocykiem. Na przykład takim z rękawami, żeby było jeszcze przytulniej. Właściwości rozgrzewających samej książki nie muszę chyba wyjaśniać – rozpala wyobraźnię, wzbudza emocje…

Sposób trzeci
Poniekąd zbliżony do drugiego – dobry film. Choć w moim przypadku, ze względu na posiadanie karty „unlimited” do jednego z kin, okoliczności oglądania filmów znacząco się w tym roku różnią od okoliczności czytania książek. Nie ma kocyka i herbaty, ewentualnie dodatkowy sweter (kino zwykle jest niedogrzane) i jakiś soczek. Choć właściwie kocyk chyba też bym mogła sobie zacząć przynosić, skoro w kinie czuję się już tak zadomowiona, że ostatnio w czasie seansu ucięłam sobie dłuższą drzemkę 😀 (nie zdradzę, na jakim filmie, żeby antyreklamy nie robić, bo film był tu niewinny, to ja padałam na twarz).

Sposób czwarty
Czapka. Uwielbiam czapki. Nawet w czasach, gdy na moją garderobę składały się dwie pary dżinsów i ze trzy t-shirty, czapek miałam w domu przynajmniej pięć. Ile ich w tej chwili zalega w pudle – nie wiem. Właściwie nie ma to większego znaczenia, bo jakkolwiek czapki (i inne nakrycia głowy, na przykład urocze wełniane kapelusze, na które Mój Mężczyzna nie może patrzeć, bo ponoć wyglądam w nich, jakbym miała 60 lat) uwielbiam kupować i co roku dokładam do kolekcji przynajmniej jedną nową, to w końcu i tak okazuje się, że mam jakąś jedną ulubioną, w której chodzę potem przez co najmniej dwa lata.

Sposób piąty
Planszówki. Nic tak nie rozgrzewa towarzystwa, jak partyjka jakiejś ciekawej planszówki. W tym roku sposób trochę zaniedbany, ale zamierzam to nadrobić, właśnie jutro wybieramy się do mojego ulubionego antykwariatu na wieczór gier.

Sposób szósty
Warsztaty rozwojowe. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że to najbardziej rozgrzewający ze wszystkich moich sposobów. O jednym z takich warsztatów wspominałam niedawno tutaj, ale będzie ich tej jesieni więcej. Niedługo czeka mnie na przykład warsztat pracy ze snami, którego jestem bardzo ciekawa. A tydzień później prawdziwa uczta – festiwal rozwojowy Maszkety dla ciała i duszy . A do tego jeszcze moje comiesięczne spotkania Kręgu, z których zawsze wychodzę ogrzana ciepłem kobiecych relacji.

A wy macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na jesienne chłody i długie wieczory? Dopisalibyście coś do tej listy? Dajcie znać!

Share Button