Wiecie, ja nie lubię tłumów. Nie lubię zatłoczonych miejsc, ścisku i hałasu. Nigdy nie byłam typem społecznika, w szkole często odmawiali mi wzorowej oceny z zachowania, bo wykazywałam „aspołeczną postawę”, nie angażując się w organizację żadnych apeli, wieczornic, korowodów i innych spędów. Nigdy nie brałam udziału w żadnych manifestacjach, marszach czy strajkach. Owszem, zdarzało mi się podpisać jakąś petycję, ale pikiety, demonstracje, okrzyki, transparenty – nie, to nie mój język. Ja zawsze wolałam „pracę u podstaw”, dyskusje, uświadamianie, edukację…

I właśnie wczoraj nadszedł ten dzień, kiedy zastrajkowałam, ubrałam się w barwy protestacyjne  i wyszłam na ulicę. Bo są takie momenty, w których to, co lubię, a czego nie lubię, zaczyna mieć drugorzędne znaczenie.
Moi zaangażowani ekologicznie znajomi, pytani o to, po co dokonują różnych proekologicznych wyborów, po co angażują się w z góry skazane na niepowodzenie demonstracje, zawsze odpowiadali – bo nie mogę inaczej. I myślę, że właśnie teraz zrozumiałam, o czym oni zawsze mówili. Ja też nie mogłam inaczej.

Nie chcę tu teraz powtarzać przetaczającej się od dłuższego czasu przez media dyskusji nad tym, czy żądanie prawa wyboru i decydowania o swoim życiu jest jednoznaczne z byciem „za aborcją”, bo chcę wierzyć, że nie muszę tego tutaj robić. Nie będę też roztrząsać etycznych aspektów sytuacji, w których szczęśliwie nigdy się jeszcze nie znalazłam, ani tym bardziej deklarować, co ja bym w takich przypadkach zrobiła, bo uważam, że byłoby to z mojej strony dalece niestosowną arogancją. Nie chcę też rozważać, czy cała sprawa jest dla nas realnym zagrożeniem, czy może tylko zasłoną dymną dla innych kontrowersyjnych działań rządu.

Zamiast tego powiem tylko, że jestem niezwykle zbudowana tym, w jak krótkim czasie potrafiłyśmy się zorganizować i wspólnie wystąpić w ważnej dla nas sprawie. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, w jak życzliwej atmosferze przebiegł cały strajk. I mimo że nie wszystkie hasła tego protestu były mi bliskie, mimo że nie pod każdym żądaniem bym się podpisała i nie każdy okrzyk miałam ochotę podchwycić i wyskandować, to jednak bez problemu się tam odnalazłam, protestując w takiej w formie i w takim zakresie, w jakim chciałam. I pierwszy raz zdarzyło mi się doświadczyć poczucia wspólnoty z tak dużą grupą ludzi. A taka wspólnota to ogromna moc.

Share Button