To będzie wpis bardzo osobisty, choć jestem przekonana, że w jakimś stopniu dotyczący wielu kobiet, nie tylko mnie.

Byłam niedawno na warsztacie dla kobiet (przy okazji – gorąco polecam), na którym jednym z zadań było przyjrzenie się swojemu stosunkowi do własnego ciała i odpowiedzenie sobie na kilka pytań, np.:
Jaki masz obraz siebie?
Co mówisz najczęściej do samej siebie? Do swojego ciała?
Co dzieje się, gdy patrzysz na siebie w lustrze? Na ile krytykujesz części swojego ciała?
Nie było to dla mnie łatwe zadanie, ale jak już je zrobiłam, ponazywałam pewne rzeczy na głos, to zostało mi po nim kilka refleksji, które mi się do tej pory tłuką po głowie, więc niech idą w świat.

Kto mnie zna w pozablogowym świecie i widział mnie w ciągu ostatnich, powiedzmy, pięciu lat, ten wie, że moja waga jest daleka od ideału, a moje BMI dawno już powędrowało od normy przez nadwagę do otyłości I stopnia. A kto mnie ostatnio widział w czasach studenckich, ten pewnie pamięta mnie jako osobę zupełnie przeciętną, w niektórych momentach może nawet szczupłą. Mogłoby się więc wydawać naturalne, że mój stosunek do siebie zmienił się w tym czasie i kompleksy urosły wraz z wagą.
A jednak nie… Choć brzmi to nieco paradoksalnie, dużo większe kompleksy i problemy z zaakceptowaniem swojego wyglądu miałam wtedy, gdy znajdowałam się w samym środku normy, niż teraz.

Wtedy w swoim ciele widziałam same niedoskonałości  – za szerokie biodra, zbyt wystający brzuch, za mały biust… Bo rzeczywiście, taki mam typ budowy, że zawsze istniała pewna dysproporcja między moją dolną i górną częścią ciała. Spodnie zawsze nosiłam przynajmniej o rozmiar większe, niż bluzki. Pamiętam doskonale, jak na wesele mojego kuzyna miałam sobie kupić dopasowaną, wizytową sukienkę. Okazało się to praktycznie niewykonalne, bo zawsze sukienka pasująca mi w biodrach była za luźna w biuście i odwrotnie. Sprawę uratowała w końcu sprzedawczyni, która, słysząc, z czym mam problem, zaproponowała szybką przeróbkę i zwężenie górnej części sukienki, więc na wesele poszłam, ale ta sytuacja na długo była dla mnie potwierdzeniem tego, co i tak widziałam codziennie w lustrze – że jestem gruba, mam wielki brzuch, ogromne biodra i żadnego biustu. A sukienek na co dzień raczej nie zdarzało mi się nosić. 90% mojej garderoby stanowiły dżinsy/sztruksy, czarne t-shirty (koniecznie w męskim kroju. Wyśmiałam kiedyś managera pewnego zespołu, jak kupowałam u niego koszulkę ze stosownym nadrukiem, a on mi radośnie oznajmił, że od następnego koncertu wprowadzają do sprzedaży również damskie kroje ) i męskie flanelowe koszule. Lepiej ukryć swojego brzydkiego, nieforemnego, grubego ciała nie mogłam.
Ogromnym problemem było też dla mnie wtedy zakładanie stroju kąpielowego. Pływać uwielbiałam od zawsze, ale strój kąpielowy (mimo że zawsze tylko jednoczęściowy) to było za każdym razem trudne wyzwanie. Najchętniej rozkładałam koc jak najbliżej wody, żeby przemknąć parę kroków i od razu się zanurzyć… nauczyłam się też wtedy zamaczać się po szyję natychmiast po wejściu do wody, bez względu na jej temperaturę. A po wyjściu na brzeg, jak już musiałam trochę czasu spędzić na kocu, zwykle siedziałam szczelnie owinięta ręcznikiem, przynajmniej od pasa do kolan. Jedzenie w miejscach publicznych też łatwe nie było, bo jak tu spokojnie jeść z takim wielkim brzuchem, na który wszyscy patrzą…

Od tamtego czasu minęło parę lat, moja waga zmieniła się bardzo drastycznie, ale poza wagą zmieniłam się też ja. Przeszłam długą, trudną drogę, kilka lat pracowałam z moimi przekonaniami na swój temat (nie tylko z tymi dotyczącymi wyglądu, ale tego również) i w tej chwili patrzę na siebie dużo przychylniej, niż wtedy.
Co nie znaczy, że podobam się sobie w wersji XXL i jestem teraz zadowolona ze swojego wyglądu. Nie, nie jestem. Ale też nie wstydzę się siebie tak rozpaczliwie. Już nie muszę chować się pod workowatymi flanelami, mogę ubierać wszystko to, na co mi przyjdzie ochota. Czasem bywają to miękkie bawełniane leginsy, a czasem lekkie sukienki na ramiączkach. Wejście do sklepu, w którym w ogóle nie ma ubrań w moim rozmiarze, nie należy co prawda do przyjemnych, ale też nie spędza mi snu w powiek i nie wraca do mnie potem tygodniami jako potwierdzenie, że jest tak bardzo źle, że wyglądam tak tragicznie, że nawet w standardowej rozmiarówce się nie mieszczę. A nad wodą mogę przepłynąć swoją stałą trasę, wyjść z wody półtora kilometra od miejsca, w którym zostawiłam koc, i w samym stroju przejść  całą plażę i kupić sobie swoje ulubione rzemieślnicze lody. I w międzyczasie zamienić swobodnie kilka słów z sympatyczną sprzedawczynią.

Wiem, jak wyglądam. Wiem, ile ważę i jakie to może mieć znaczenie dla mojego zdrowia. Wiem też, jak to się stało, że jestem teraz w tym miejscu, w którym jestem. I jestem głęboko przekonana, że nie muszę się nikomu z tego tłumaczyć, nie muszę się siebie wstydzić i karmić się poczuciem winy.
Chciałabym napisać, że akceptuję siebie taką, jaka jestem, ale to byłoby jednak trochę przesadzone. Aż tak daleko na tej drodze nie jestem, żebym mogła mówić o pełnej akceptacji.
Ale na pewno w tej chwili akceptuję siebie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. I myślę, że dopiero teraz jestem w stanie zacząć robić dla swojego ciała coś dobrego, co może w przyszłości zaowocuje spadkiem wagi. Bo bardzo trudno jest troszczyć się o coś, czego się, delikatnie mówiąc, nie lubi.

A jaki w tego wszystkiego wniosek?
Dla mnie najważniejszy jest taki, że żeby zaakceptować swoje ciało, wcale nie trzeba go najpierw udoskonalić i dociągnąć do mniej lub bardziej wyśrubowanych standardów.
Bo kompleksy biorą się z głowy, a nie z naszego wyglądu. Czego ja jestem żywym dowodem.

Share Button