Jakie jest wasze pierwsze skojarzenie na hasło „wrzesień“? Moje to nieodmiennie początek roku szkolnego. I mimo że od zakończenia mojej obowiązkowej edukacji minęło już kilkanaście lat, to nadal myśl o 1 września wywołuje u mnie nieprzyjemny skurcz w żołądku.
Wam też po wielu latach zdarza się nadal śnić koszmary o szkole, sprawdzianach, wywoływaniu do tablicy? U mnie powtarzający się motyw to powrót do szkoły po długiej nieobecności – nic nie wiem, nic nie umiem, nie jestem pewna nawet swojego planu lekcji, i nagle uświadamiam sobie, że jest koniec semestru, a ja na niektórych przedmiotach jeszcze ani raz nie byłam, nie wiem w ogóle, co się na nich działo, a na pewno będę pytana, bo nie mam żadnych ocen.
Sen teoretycznie bez żadnego odbicia w rzeczywistości, nie zdarzyła mi się nigdy żadna dłuższa nieobecność w szkole, nie miewałam problemów z nauką, przez całą podstawówkę miałam świadectwo z czerwonym paskiem… a jednak skądś się wzięły te emocje, które przez lata wychodzą w snach i przez które nie potrafię polubić września.
Skąd?

Myślę, że jakby się przyjrzeć naszemu systemowi edukacji, to odpowiedzi można znaleźć co najmniej kilka. Więc zapraszam Was do tego, żeby się mu przyjrzeć. Ponieważ temat jest bardzo obszerny, to zajmę się nim w kilku osobnych wpisach. No, przynajmniej w dwóch, bo na większy cykl na razie się nie będę chyba porywać 😉

Siedmioletnie dziecko, idąc do szkoły, zwykle jest podekscytowane, żądne wiedzy, zainteresowane światem. Od początku swojego życia czegoś się uczy, zdobywa nowe umiejętności, chłonie wiadomości, chce poznawać, doświadczać, odkrywać.
Ile czasu zajmie mu stwierdzenie, że nienawidzi szkoły, boi się jej, nudzi się, nie chce tam chodzić? I czego najpierw zdąży tam doświadczyć?

Na pierwszy ogień –

Oceny

Za moich czasów od początku pierwszej klasy obowiązywała skala sześciostopniowa. W tej chwili na świadectwie w klasach 1-3 wystawia się ocenę opisową, natomiast w kwestii ocen cząstkowych dyrektorzy szkół mają dowolność – mogą skalę liczbową zastąpić na przykład wesołymi i smutnymi słoneczkami. W praktyce jednak zdecydowana większość szkół została przy stopniach 1-6, a nawet jeśli gdzieś pojawiają się słoneczka, to stosowane są analogicznie do skali liczbowej, więc w rzeczywistości są to zmiany raczej kosmetyczne.
Jak działa ten system oceniania?

Przede wszystkim – z założenia nastawiony jest na wyłapywanie błędów i piętnowanie niepowodzeń. Punktem wyjścia przy ocenianiu jest zadanie wykonane bezbłędnie, na piątkę. Każde potknięcie to obniżenie oceny. „Dostateczny”, wbrew swojej nazwie, nie jest tą najbardziej oczekiwaną oceną za wystarczająco dobrze wykonane zadanie. Dostateczny w praktyce oznacza, że do satysfakcjonującej piątki brakuje jeszcze bardzo dużo.
To nastawienie na wyłapywanie błędów wykracza zresztą daleko poza same oceny. Sprawdzian gęsto popisany czerwonym długopisem jednoznacznie wskazuje, że było w nim dużo błędów, a nie – że nauczyciel zauważył i docenił wiele błyskotliwych myśli, ciekawych rozwiązań.
Jak funkcjonowanie w takim systemie, który oczekuje idealnych wyników, wpływa na samoocenę – łatwo się domyślić. Jeśli popełnianie błędów nie jest traktowane jako coś naturalnego, jeśli za każdą pomyłkę grozi kara w postaci gorszej oceny (albo smutnego słoneczka, to nie ma większego znaczenia), to bardzo trudno zbudować w takich warunkach adekwatną samoocenę. Patrząc na wypracowanie z pięcioma zaznaczonymi na czerwono błędami nie myśli się o tym, że cała reszta jest napisana dobrze. Zaznaczone zostały tylko błędy.

Ale nie tylko „złe” oceny mogą przynieść wiele szkody.
Znany jest w psychologii eksperyment, w którym badacze zebrali przedszkolaków, którzy chętnie wykonywali różne prace plastyczne, podzielili ich na dwie grupy i obu rozdali bloki i kredki. Dzieciom w jednej z tych grup obiecali, że za rysowanie dostaną nagrody (imienne dyplomy). Drugiej grupie nic nie obiecali, po prostu dali możliwość rysowania.
Jak myślicie, które dzieci po kilku tygodniach chętniej spontanicznie sięgały po kredki? Otóż te, które nie były za to wcześniej nagradzane. Dla nich rysowanie samo w sobie było czymś przyjemnym, atrakcyjnym, i udział w eksperymencie niczego nie zmienił. Natomiast u dzieci, które za zabawy plastyczne otrzymywały nagrodę, spadła wewnętrzna motywacja do tej aktywności. To, co wcześniej sprawiało im przyjemność, teraz stało się tylko środkiem do osiągnięcia celu. Gdy zabrakło nagród – rysowanie przestało być więc atrakcyjne.
W innym eksperymencie wykazano też, że studenci, którzy za napisanie jakiegoś tekstu mieli obiecaną drobną zapłatę, okazywali się dużo mniej kreatywni, a  ich prace były zdecydowanie słabsze, niż w grupie, która nie pracowała dla zapłaty. W kilku innych badaniach również to potwierdzono – nagrody zabijają kreatywność.
Jaki z tego wniosek? Ano taki, że nagradzanie wyników w nauce celującymi ocenami, paskami na świadectwie itp., z dużym prawdopodobieństwem powoduje, że nauka sama w sobie przestaje być postrzegana jako coś wartościowego, ciekawego, przyjemnego. Zaczynają się liczyć tylko wyniki, dające w efekcie nagrody. A w takiej sytuacji trudno o odkrywanie pasji, o fascynację. Nastawienie na wyniki nie sprzyja kreatywności, podejmowaniu ryzyka, szukaniu nowych rozwiązań.

Do tego oceny liczbowe, zwłaszcza odkąd w czwartej klasie trafiają na świadectwa, są bardzo łatwym narzędziem do porównywania uczniów między sobą, ułatwiają przyklejanie etykietek – ucznia dobrego, złego, przeciętnego. A etykiety mają to do siebie, że ograniczają, szufladkują i często działają na zasadzie samospełniającej się przepowiedni.
Tym sposobem dziecko, które regularnie słyszy pod swoim adresem, że jest złym uczniem, najprawdopodobniej przyjmie tę ocenę za fakt i dostosuje się do niej. Będzie wypełniać narzuconą mu rolę.
Uczniowie zaliczeni do przeciętnych najpewniej pozostaną przeciętni. Wcale nie dlatego, że w swojej przeciętności nie mają żadnych talentów, zdolności, szczególnych zainteresowań. Raczej dlatego, że od ucznia przeciętnego oczekuje się bycia przeciętnym. Raczej nie proponuje mu się udziału w żadnych konkursach, nie zleca mu się dodatkowych zadań o wyższym poziomie trudności, nie zachęca się go do rozwijania zainteresowań.
I ta grupa, do której ja zostałam już w pierwszej klasie zaliczona – wzorowych uczniów. Wydawać by się mogło, że uprzywilejowana, a jednak… etykieta wzorowego ucznia potrafi ciążyć tak samo, jak dwie poprzednie. Bo od dobrych uczniów wymaga się tego, żeby byli… dobrzy. We wszystkim, zawsze. Sprawdzian napisany na 4 – dla całej klasy powód do radości, dla dobrego ucznia – komentarz „zdecydowanie poniżej oczekiwań”. Wszelkie konkursy, olimpiady – wzorowy uczeń powinien chętnie reprezentować swoją szkołę. Najlepiej w każdej dziedzinie, przecież jak zdolny, to trochę popracuje i da radę. A jak w ogóle nie lubi konkursów i współzawodnictwa – to wykazuje aspołeczną postawę. Nieprzygotowanie do zajęć, brak zadania, a już nie daj borze jakiekolwiek przejawy buntu – w przypadku wzorowego ucznia traktowane są niemal jak zdrada. Wzorowy uczeń ma być przecież wzorem… chodzącym ideałem.

I na koniec – oceny w formie liczb to także wyliczanie średniej. Na czerwony pasek – 4,76. Nigdy w życiu tylu średnich się nie naliczyłam, co pod koniec każdego semestru, rozważając różne możliwe kombinacje i obliczając, co tu zrobić, żeby 4 z ZPT, W-Fu czy muzyki nadgonić jakąś szóstką i zmieścić się w tym magicznym 4,76.
Jaką informację o uczniu daje jego średnia ocen? No cóż… żadną.

Myślę, że już ten jeden punkt wystarczy, żeby sporą część okołoszkolnej traumy zrozumieć. A mam ich na liście jeszcze kilka, więc ciąg dalszy z pewnością nastąpi.

Share Button