Dawno temu, jak jeszcze studiowałam, moja mama powiedziała mi, że ja nigdy w życiu nie będę bogata, bo wszystko, co uda mi się odłożyć, i tak zaraz wydam na książki. I tak było – jak nie na książki, to na koncerty, i całe zaoszczędzone stypendium zawsze się rozeszło.
Trochę się od tamtego czasu zmieniło, na koncerty przestałam nałogowo jeździć, książek kupuję dużo mniej, zamiast stypendium mam wypłatę – a pieniędzy jak nie było, tak nie ma.

Niektórym ludziom w głowie się to nie mieści, że mam ponad trzydzieści lat i nie mam żadnych znaczących oszczędności, polis, lokat, funduszy inwestycyjnych czy co tam jeszcze można mieć. Nie mam też zdolności kredytowej, żeby jakikolwiek bank mógł mi udzielić kredytu hipotecznego, a co za tym idzie – swojego mieszkania też nie mam. I, co dziwniejsze – dopóki mam za co jeść, ubrać się i wynająć mieszkanie, dopóki wystarcza mi na to, żeby przynajmniej od czasu do czasu kupić sobie książkę, pójść do kina, pojechać na skromne wakacje czy zainwestować w jakiś warsztat rozwojowy –  nie odczuwam szczególnej potrzeby, żeby ten stan rzeczy zmienić.
No, może poza mieszkaniem. Swoje mieszkanie chciałabym mieć. Ładne, wygodne, urządzone po swojemu, w spokojnej okolicy… Ba, domkiem z ogrodem też bym nie pogardziła, gdyby ktoś pytał 🙂 Ale mimo wszystko uzyskanie zdolności kredytowej nie jest i nigdy nie było dla mnie priorytetem, bo przynajmniej dwie inne rzeczy są dla mnie ważniejsze – wolność (o czym innym razem) i… czas.

Tak, właśnie czas. Nigdy nie będę bogata, bo nie mam czasu. Albo raczej – nigdy nie będę bogata, bo mam czas. Czas dla siebie.
W tym czasie robię to, co lubię, czego potrzebuję, co jest dla mnie ważne. Te rzeczy się naturalnie zmieniają, ewoluują, jedne zainteresowania ustępują miejsca innym, ale zawsze jakieś są. Kiedyś to były na przykład koncerty, książki, wycieczki kolejowe po całej Polsce. Kiedy indziej zloty i spotkania z daleko mieszkającymi znajomymi. Teraz dużo wędruję z kijkami, czytam, piszę, często chodzę do kina, uczestniczę kolejny rok w Kręgu Kobiet… w lecie oczywiście zawsze pływam. A przy tym nie traktuję tych aktywności jako jakiegoś szczególnego luksusu, przywileju, na który muszę zasłużyć i ewentualnie mogę sobie na niego pozwolić, jak najpierw uporam się ze wszystkimi ważnymi obowiązkami. Nie, to jest po prostu część mojego życia, tak samo ważna, jak praca czy sen.

Rzecz jasna, nie jest tak, że w każdej chwili mam czas na wszystko, na co mi akurat przyjdzie ochota. Na napisanie tego tekstu nie miałam na przykład czasu od prawie dwóch tygodni, ale to jest kwestia mojego wyboru, że na przykład pływanie zawsze jest dla mnie priorytetem, jeśli tylko pogoda na nie pozwala, bo takich ciepłych, słonecznych dni jest w roku bardzo niewiele. Albo że dwa ostatnie weekendy w całości spędziłam w pracy, żeby we wrześniu móc sobie pozwolić na wyjazdowy warsztat, na którym bardzo mi zależy. A to, że teraz piszę tę notkę, robiąc jednocześnie obiad (na co akurat czas miewam raczej rzadko) zawdzięczamy głównie temu, że w pracy nadwyrężyłam sobie kolano i muszę je teraz oszczędzać, więc nie spędziłam popołudnia na długim spacerze, jak chciałam.

Czasem, jak każdy, coś wybieram, a z czegoś rezygnuję. Czasami pracuję więcej, niż zwykle, żeby na coś dodatkowego zarobić. Ale na dłuższą metę swojego czasu na produktywność nie chcę przeliczać. Mój czas to nie pieniądz, to życie.

Share Button